Minęły dwa miesiące odkąd opuściłam szpital. Życie przybrało dziwny rytm. Poniekąd przypominał on ten sprzed śmierci Tomka. Wszystko do przewidzenia.
wstać-zjeść coś-zażyć prozac-wyjść do pracy-zjeść coś w pracy-znowu wziąć prozac- wrócić do domu- zjeść coś- ewentualnie wziąć tabletkę nasenną-iść spać
Nienawidziłam tego z całego serca. Miałam ochotę zacząć krzyczeć, chociaż było to zupełnie bezsensowne.
Przepisując ostateczną wersję wiadomości, które miały zostać przeczytane podczas audycji nie zwracałam większej uwagi na to co się dzieje. Kiedy ktoś klepnął mnie w ramię aż podskoczyłam.
- Fabian, czy tak ciężko się odezwać?
- Lena... musisz coś zobaczyć.
- Teraz mam pracę. Sam mi to zadałeś.
Fabian rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Majka, bądź tak miła i skończ to przepisywać.
- Jasne- dziewczyna sięgnęła po kartkę z wiadomościami.
Westchnęłam i ruszyłam za Fabianem. Był teoretycznie moim szefem, ale nie nadawał się do tej roli. Nie miał za grosz zdolności przywódczych i pracownicy bezwstydnie to wykorzystywali. Każdy wchodził mu na głowę.
- To damska toaleta!- krzyknęłam, kiedy otworzył drzwi.
- Nie ważne. Panie przodem- wskazał szarmancko ręką na uchylone drzwi
Zadrżałam ze wściekłości.
- Fabian, ja jestem wdową! I...
- Kobieto, czy naprawdę sądzisz, że mam na ciebie ochotę? Unikaj romansów w pracy, pamiętaj o tym- zaśmiał się.
Poczułam że się czerwienię.
- Przepraszam.
- Nie musisz mnie przepraszać. Rozumiem o czym pomyślałaś, kiedy tak przystojny mężczyzna usiłował zaciągnąć cię do łazienki.
Roześmialiśmy się oboje, Po raz pierwszy od śmierci Tomka udało mi się śmiać.
- Akurat to co tam jest nie jest śmieszne. Podpadłaś już komuś?
- Chyba nie.
Weszłam odważnie do toalety.
- Powiedziała mi o tym sprzątaczka.
Na lustrze ktoś nabazgrał słowa:
"Lena to szmata. Już niedługo..."
Zamurowało mnie. Mój dobry nastrój wyparował równie szybko jak się pojawił.
- Co to ma być?!
- Lena, mam nadzieję, że to głupi żart. Ale, do cholery jeśli to się powtórzy, to musisz to zgłosić. To są groźby.
Fabian był zdegustowany.
- Jesteś pewna, że nikomu nie podpadłaś?
Zaczęła przypominać sobie ostatnie dwa miesiące. Czy byłam dla kogoś niemiła? Z całą pewnością nie. Nie zajmowałam się niczym innym, niż praca.
- Nic nie zrobiłam- powiedziałam stanowczo.
- Wierzę ci. Jeśli chcesz, możesz już iść do domu.
- Nie, zostanę.
Wzięłam od Majki skończoną robotę. Podziękowałam jej i przeczytałam tekst.
Kiedy wróciłam do domu zadzwoniłam do Walewskiego.
- Słucham.
- Muszę panu o czymś powiedzieć.
Wyjaśniłam mu całą sytuację z pracy.
- Chce pani to zgłosić?
- Jeżeli pojawią się następne zrobię to.
- W porządku. Pani Leno... proszę na siebie uważać. Jeżeli to była forma żartu, muszę przyznać, że jego autor nie jest zbyt zabawny.
Kiedy jadłam obiad, moja twarz odbiła się w łyżce. Nic dziwnego, że Fabian nie miał na mnie ochoty, pomyślałam z ironią.
Podeszłam do dużego lustra. Nigdy nie byłam szczupła, ale na chwilę obecną wydawałam się wręcz rozlana. Tomek uważał, że jestem ponętna... nie, nie wolno mi o nim myśleć.
Stanęłam na wadzę. 67 kilogramów, przy moich 170 cm. Jak zwykle.
Nie przytyłam, ale moje ciało straciło sprężystość, Włosy zmatowiały. Ich naturalnie kasztanowy odcień, przybrał szarawą poświatę. Byłam nieudolną parodią samej siebie. A moje oczy...
Przypomniałam sobie sytuację sprzed lat. Naszą pierwszą randkę.
- Nosisz soczewki?- zapytał Tomek.
- Nie.
- W takim razie masz najpiękniejsze oczy jakie widziałem. Może i faceci nie znają się na kolorach, ale są tak zielone... jak młode liście.
- Chyba jednak znają- powiedziałam szeptem.
Wybuchnęłam płaczem. Muszę się pozbierać, myślałam, Nie przywrócę Tomkowi życia, zachowując się jak stara wdowa. Przecież jestem młoda! Ja nie umarłam. Przynajmniej nie cała. Martwa była ta część, która należała do Tomka.
- Koniec- wyszeptałam.
Następnego dnia w pracy powitał mnie mnie Fabian.
- To już przesada- podał mi kartkę- była na twoim biurku.
Jesteś szmatą. Powinnaś umrzeć.
- Lena, trzeba wezwać policję.
- Wiem.
Kiedy pojawili się funkcjonariusze jeden z nich wziął kartkę. Nie byli zachwyceni, że napis na lustrze zmyto. Kartka miała iść do analizy, ale uprzedzano mnie, że na jej podstawie ciężko będzie kogoś osądzić,
- Potrzebujemy więcej dowodów.
Skrzywiłam się. Czego oni chcieli? Końskiej głowy w moim łóżku?
Martwej ryby w skrzynce na listy?
Udało mi się przekonać Fabiana, że mogę zostać w pracy. Poprawiałam wszystkie teksty, spisałam wiadomości i dzień się skończył. Stanowczo zbyt szybko.
Kiedy dotarłam do mieszkania, czułam się pusta.
Czy to było związane z działaniem sekty? Obawiałam się, że tak. Jeżeli jednak mieli mnie przekonać ze wstąpieniem w swoje szeregi, dlaczego mnie zastraszali? Nie miało to sensu.
Ktoś zapukał do drzwi.
Znajomo wyglądająca kobieta trzymała ciasto.
- Jesteśmy sąsiadkami- powiedziała- uważam, że powinnyśmy się poznać.
- Proszę wejść.
- Nazywam się Baśka Telega. Chyba jesteśmy w podobnym wieku.
- Yy... tak. Lena Nowak.
Chociaż na początku ciężko było nam się porozumieć, udało nam się złapać wspólny język. Próbowała mnie namówić na wyjście do klubu, ale nie czułam się na to gotowa. Gdy wyznałam, że niedawno owdowiałam, ona poklepała mnie po ramieniu. Umiała słuchać, mówić i zamilknąć kiedy trzeba. Nie wykluczałam, że znajdę w niej przyjaciółkę. Ale jeszcze nie teraz.
Pożegnałyśmy się.
Po dwóch godzinach poszłam zgasić światło na klatce schodowej.
Zauważyłam, że pod moje drzwi wsunięto kartkę.
Martwa szmata to dobra szmata
czwartek, 12 lutego 2015
niedziela, 8 lutego 2015
Rozdział 1
*prologiem jest "Szybka robota"*
Siedziałam na brzegu szpitalnego łóżka i czekałam aż leki zaczną działać. Bezsenność dosięgła mnie dzień po pogrzebie męża. Paradoksalnie, lekarze wzięli to za dobry objaw. Wcześniej przesypiałam każdą wolną chwilę, a że miałam ich mnóstwo, praktycznie spałam na okrągło. Dzięki lekom nic mi się nie śniło i jak twierdził psycholog "śmierć męża jeszcze do mnie nie dotarła".
Wszystkie obrazy były tak wyraźne. Rozprysk krwi na moich ubraniach. Przerażający dźwięk z jakim ciało wypadło z samochodu.
A później? Nicość. Ocknęłam się dokładnie trzy dni temu, na pogrzebie. Wszystko stopniowo sobie uświadomiłam. Nawet najsilniejsze leki jakimi dysponowano nie były w stanie mi pomóc. Tylko otumaniały. Poniekąd, cały zjazd po ich zażyciu był gorszy niż rzeczywistość. Jakbym błądziła we mgle...
- Pani Leno, ktoś chce z panią rozmawiać- do pokoju weszła najbardziej irytująca z pielęgniarek- ale powiedziałam że zaraz pani zaśnie i żeby przyszedł później.
- Kto?
- Komendant Walewski.
- Porozmawiam z nim teraz.
- Ale mówiłam, że...
Minęłam ją niecierpliwie i otworzyłam drzwi do pokoju. Chociaż leżałam na oddziale psychiatrycznym, wbrew powszechnej opinii w drzwiach (przynajmniej niektórych) były klamki.
- Panie komendancie, proszę wejść.
Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, były przełożony mojego męża, pocałował mnie w rękę na powitanie, jak to miał w zwyczaju.
- Mam nadzieję, że pani nie przeszkadzam.
- Nie... szczerze mówiąc dawno z nikim nie rozmawiałam. No, pomijając mojego psychologa- wywróciłam oczami na samo wspomnienie.
- Nie wiem, czy powinienem o tym wszystkim mówić, ale uważam, że tak będzie lepiej. Może podejdziemy do kawiarenki na parter. Podejrzewam, że kawa jest tam obrzydliwa, ale przynajmniej warunki są nieco przyjaźniejsze niż tutaj- rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Dobrze.
Byłam zadowolona, że nadal nie chciało mi się spać. Pewnie lekarze stwierdzili, że końskie dawki leków jakie mi serwowano były przesadą.
Przynajmniej w tym momencie brak snu był zaletą.
Kawiarenka szpitalna miała kawę jeszcze gorszą, niż Walewski sobie wyobrażał. Widząc jak skrzywił się po pierwszym łyku pospiesznie odstawiłam swoją filiżankę.
- O co chodzi?- zapytałam.
- Zdaję sobie sprawę, że pani sytuacja jest wyjątkowo paskudna. Ale zbieramy obecnie informacje, które mogą ułatwić nam złapanie sekty. Ostatnio mówiłem, że są w okolicach Rzeszowa. Zabili tam dwóch ludzi, co jak na nich jest wyjątkowo małą liczbą. Ustaliliśmy również, że są poszukiwani za granicą, ale idzie to bardzo opornie. To mistrzowie kamuflażu.... jak lwy. Niemal niewidoczne, ale gdy wychodzą, to w wielkim stylu, by później znowu stać się częścią otoczenia. Wie pani jak się nazwali? Dzieci Czerwonego Słońca. Ta nazwa ma pewne powiązania z mitologią.
- Nie rozumiem dlaczego pan mi o tym mówi.
Komisarz westchnął.
- Kiedy pani stąd wyjdzie, prawdopodobnie będzie pani na ich liście.
- Co?!
Jęknęłam.
- Oni lubią powoływać do swoich szeregów rodziny ofiar. Dzięki temu, bardzo trudno później znaleźć świadków.
Wstałam.
- Panie komendancie, nie jestem idiotką. Może i jestem na lekach, ale nie zwariowałam i nie dam się w nic wciągnąć.
- Chciałem tylko panią ostrzec. Proszę mówić mi o wszystkim, co się będzie działo, a ja zrobię wszystko żeby pani pomóc. Na dniach pani stąd wyjdzie. Ma pani jakieś plany?
- Mam mieszkanie po babci. Tam się przeprowadzę. To blisko osiemdziesiąt kilometrów stąd w Oszenówce. Wiem, że w lokalnym radio szukają dziennikarki.
- Dobry wybór. Nie będę zawracał pani dłużej głowy, ale proszę o telefon w każdej niepokojącej sytuacji. Bardzo ceniłem pani męża i uważam to za swój obowiązek.
Po pożegnaniu wróciłam do pokoju. Leki w końcu zaczęły działać. Zakryłam głowę poduszką i zasnęłam. Niestety, pięć godzin później było już po wszystkim.
Rozważałam, czy nie poprosić pielęgniarki o więcej leków, ale w tym czasie wszedł lekarz.
- Mam dobrą wiadomość- powiedział- jeżeli pani stan się nie pogorszy i psycholog nie będzie mieć zastrzeżeń za tydzień wróci pani do domu. A jak dziś się pani czuje?
Opowiedziałam mu o tym, że mam nadal problemy z zasypianiem a leki nasenne zaczęły działać po dość długim okresie czasu. Wysłuchał mnie z uwagą i zlecił jakąś kroplówkę. Kiedy mnie do niej podpięto, wszedł psycholog.
- I jak się czujemy pani Lenko?- zapytał.
- Wspaniale- powiedziałam z przekąsem, ale chyba nie wyczuł mojej ironii.
-Dobrze, Czy odczuwa pani jakieś obawy związane z możliwością wyjścia?
- Wiem, że będę tęsknić za mężem, ale muszę się z tym pogodzić. Rozumiem, że on nie chciałby żebym to przeżywała. Ale jest ciężko- dodałam.
Tylko ostatnie ze zdań było szczere.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, a kiedy wyszedł, najwyraźniej usatysfakcjonowany moimi odpowiedziami zamknęłam oczy i modliłam się o sen.
Po półgodzinie uświadomiłam sobie, że nie ma to sensu. Poszłam do łazienki by zapalić papierosa. Nie paliłam od liceum, ale stan moich płuc specjalnie mnie nie obchodził. Fajki uspokoiły mnie bardziej niż tabletki.
Uchyliłam okno i odkręciłam kran z gorącą wodą. Po dodaniu mydła był to najlepszy sposób na pozbycie się zapachu papierosów, jeżeli nie miało się odświeżacza powietrza.
Noc minęła mi zaskakująco spokojnie. Nie spałam najlepiej, ale i nie myślałam o rzeczach na które nie miałam wpływu. Wracałam do żywych.
Następnego dnia nie działo się nic wartego uwagi. No, może pomijając, że znienawidzona pielęgniarka narzekała, że zjadłam za mało rosołu i o mało co nie przyłapała mnie na paleniu w łazience. Na szczęście, uwierzyła, że zapalić musiał ktoś przede mną, a ja właśnie poszłam się kąpać.
Dopiero nazajutrz zaczęło dziać się coś ważnego.
Lekarz wszedł do pokoju bardzo zadowolony z siebie. Jakbym była doskonałym przykładem jego umiejętności medycznych. Psycholog, który dołączył do niego po chwili miał podobną minę.
- Dochodzi pani do siebie znacznie szybciej niż się spodziewaliśmy. Nie będę ukrywał, że wiele osób czeka na łóżko tutaj... może pani wyjść, za moją zgodą, już pojutrze.
Siedziałam na brzegu szpitalnego łóżka i czekałam aż leki zaczną działać. Bezsenność dosięgła mnie dzień po pogrzebie męża. Paradoksalnie, lekarze wzięli to za dobry objaw. Wcześniej przesypiałam każdą wolną chwilę, a że miałam ich mnóstwo, praktycznie spałam na okrągło. Dzięki lekom nic mi się nie śniło i jak twierdził psycholog "śmierć męża jeszcze do mnie nie dotarła".
Wszystkie obrazy były tak wyraźne. Rozprysk krwi na moich ubraniach. Przerażający dźwięk z jakim ciało wypadło z samochodu.
A później? Nicość. Ocknęłam się dokładnie trzy dni temu, na pogrzebie. Wszystko stopniowo sobie uświadomiłam. Nawet najsilniejsze leki jakimi dysponowano nie były w stanie mi pomóc. Tylko otumaniały. Poniekąd, cały zjazd po ich zażyciu był gorszy niż rzeczywistość. Jakbym błądziła we mgle...
- Pani Leno, ktoś chce z panią rozmawiać- do pokoju weszła najbardziej irytująca z pielęgniarek- ale powiedziałam że zaraz pani zaśnie i żeby przyszedł później.
- Kto?
- Komendant Walewski.
- Porozmawiam z nim teraz.
- Ale mówiłam, że...
Minęłam ją niecierpliwie i otworzyłam drzwi do pokoju. Chociaż leżałam na oddziale psychiatrycznym, wbrew powszechnej opinii w drzwiach (przynajmniej niektórych) były klamki.
- Panie komendancie, proszę wejść.
Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, były przełożony mojego męża, pocałował mnie w rękę na powitanie, jak to miał w zwyczaju.
- Mam nadzieję, że pani nie przeszkadzam.
- Nie... szczerze mówiąc dawno z nikim nie rozmawiałam. No, pomijając mojego psychologa- wywróciłam oczami na samo wspomnienie.
- Nie wiem, czy powinienem o tym wszystkim mówić, ale uważam, że tak będzie lepiej. Może podejdziemy do kawiarenki na parter. Podejrzewam, że kawa jest tam obrzydliwa, ale przynajmniej warunki są nieco przyjaźniejsze niż tutaj- rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Dobrze.
Byłam zadowolona, że nadal nie chciało mi się spać. Pewnie lekarze stwierdzili, że końskie dawki leków jakie mi serwowano były przesadą.
Przynajmniej w tym momencie brak snu był zaletą.
Kawiarenka szpitalna miała kawę jeszcze gorszą, niż Walewski sobie wyobrażał. Widząc jak skrzywił się po pierwszym łyku pospiesznie odstawiłam swoją filiżankę.
- O co chodzi?- zapytałam.
- Zdaję sobie sprawę, że pani sytuacja jest wyjątkowo paskudna. Ale zbieramy obecnie informacje, które mogą ułatwić nam złapanie sekty. Ostatnio mówiłem, że są w okolicach Rzeszowa. Zabili tam dwóch ludzi, co jak na nich jest wyjątkowo małą liczbą. Ustaliliśmy również, że są poszukiwani za granicą, ale idzie to bardzo opornie. To mistrzowie kamuflażu.... jak lwy. Niemal niewidoczne, ale gdy wychodzą, to w wielkim stylu, by później znowu stać się częścią otoczenia. Wie pani jak się nazwali? Dzieci Czerwonego Słońca. Ta nazwa ma pewne powiązania z mitologią.
- Nie rozumiem dlaczego pan mi o tym mówi.
Komisarz westchnął.
- Kiedy pani stąd wyjdzie, prawdopodobnie będzie pani na ich liście.
- Co?!
Jęknęłam.
- Oni lubią powoływać do swoich szeregów rodziny ofiar. Dzięki temu, bardzo trudno później znaleźć świadków.
Wstałam.
- Panie komendancie, nie jestem idiotką. Może i jestem na lekach, ale nie zwariowałam i nie dam się w nic wciągnąć.
- Chciałem tylko panią ostrzec. Proszę mówić mi o wszystkim, co się będzie działo, a ja zrobię wszystko żeby pani pomóc. Na dniach pani stąd wyjdzie. Ma pani jakieś plany?
- Mam mieszkanie po babci. Tam się przeprowadzę. To blisko osiemdziesiąt kilometrów stąd w Oszenówce. Wiem, że w lokalnym radio szukają dziennikarki.
- Dobry wybór. Nie będę zawracał pani dłużej głowy, ale proszę o telefon w każdej niepokojącej sytuacji. Bardzo ceniłem pani męża i uważam to za swój obowiązek.
Po pożegnaniu wróciłam do pokoju. Leki w końcu zaczęły działać. Zakryłam głowę poduszką i zasnęłam. Niestety, pięć godzin później było już po wszystkim.
Rozważałam, czy nie poprosić pielęgniarki o więcej leków, ale w tym czasie wszedł lekarz.
- Mam dobrą wiadomość- powiedział- jeżeli pani stan się nie pogorszy i psycholog nie będzie mieć zastrzeżeń za tydzień wróci pani do domu. A jak dziś się pani czuje?
Opowiedziałam mu o tym, że mam nadal problemy z zasypianiem a leki nasenne zaczęły działać po dość długim okresie czasu. Wysłuchał mnie z uwagą i zlecił jakąś kroplówkę. Kiedy mnie do niej podpięto, wszedł psycholog.
- I jak się czujemy pani Lenko?- zapytał.
- Wspaniale- powiedziałam z przekąsem, ale chyba nie wyczuł mojej ironii.
-Dobrze, Czy odczuwa pani jakieś obawy związane z możliwością wyjścia?
- Wiem, że będę tęsknić za mężem, ale muszę się z tym pogodzić. Rozumiem, że on nie chciałby żebym to przeżywała. Ale jest ciężko- dodałam.
Tylko ostatnie ze zdań było szczere.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, a kiedy wyszedł, najwyraźniej usatysfakcjonowany moimi odpowiedziami zamknęłam oczy i modliłam się o sen.
Po półgodzinie uświadomiłam sobie, że nie ma to sensu. Poszłam do łazienki by zapalić papierosa. Nie paliłam od liceum, ale stan moich płuc specjalnie mnie nie obchodził. Fajki uspokoiły mnie bardziej niż tabletki.
Uchyliłam okno i odkręciłam kran z gorącą wodą. Po dodaniu mydła był to najlepszy sposób na pozbycie się zapachu papierosów, jeżeli nie miało się odświeżacza powietrza.
Noc minęła mi zaskakująco spokojnie. Nie spałam najlepiej, ale i nie myślałam o rzeczach na które nie miałam wpływu. Wracałam do żywych.
Następnego dnia nie działo się nic wartego uwagi. No, może pomijając, że znienawidzona pielęgniarka narzekała, że zjadłam za mało rosołu i o mało co nie przyłapała mnie na paleniu w łazience. Na szczęście, uwierzyła, że zapalić musiał ktoś przede mną, a ja właśnie poszłam się kąpać.
Dopiero nazajutrz zaczęło dziać się coś ważnego.
Lekarz wszedł do pokoju bardzo zadowolony z siebie. Jakbym była doskonałym przykładem jego umiejętności medycznych. Psycholog, który dołączył do niego po chwili miał podobną minę.
- Dochodzi pani do siebie znacznie szybciej niż się spodziewaliśmy. Nie będę ukrywał, że wiele osób czeka na łóżko tutaj... może pani wyjść, za moją zgodą, już pojutrze.
Cóż się będzie działo :)
Zdaję sobie sprawę, że "Szamanka", nie jest idealnie napisana i jak najbardziej popieram opinię, że zakończenie nie jest pełne. "Szamance" zrobię osobną zakładkę i może kiedyś przy jakimś przypływie weny twórczej nieco ją udoskonalę.
Bardzo mi miło, że są już pierwsi czytelnicy bloga. To dla mnie największa motywacja.
Skoro podobała Wam się "Szybka robota", nie widzę powodu, by nie stworzyć dalszej historii bohaterów. Zamiast bloga z opowiadaniami oznacza to bloga z jedną ciągłą powieścią. I to mi się podoba :)
Dziękuję Wam za motywacyjnego kopa i dużo inspiracji <3
Wasza Merci M
Bardzo mi miło, że są już pierwsi czytelnicy bloga. To dla mnie największa motywacja.
Skoro podobała Wam się "Szybka robota", nie widzę powodu, by nie stworzyć dalszej historii bohaterów. Zamiast bloga z opowiadaniami oznacza to bloga z jedną ciągłą powieścią. I to mi się podoba :)
Dziękuję Wam za motywacyjnego kopa i dużo inspiracji <3
Wasza Merci M
sobota, 31 stycznia 2015
Szybka robota
To więcej niż powinniście ode mnie oczekiwać. Nazywam się Lena Nowak. Krótkie imię, krótkie nazwisko. Mieszkam w Torzycach, to gdzieś między Pipidówką Mniejszą, a Zadupiem. Pracuję w miejscowej gazecie i mam dwadzieścia sześć lat. Moje życie do czasu było poukładane. Mogłam przewidzieć każdą kolejną godzinę, kolejny dzień, kolejny rok.
Ich jednak nie mogłam się spodziewać. Sennego letniego dnia, kiedy bezmyślnie chwiałam się na krześle w pracy i odliczałam czas do wyjścia do wydawnictwa wpadła pani Irenka. Prowadziła niewielką cukiernię i każdego ranka kupowałam u niej pączka lub drożdżówkę. Była miłą, ciepłą kobietą i jak sądziłam bardzo spokojną. Wtedy pierwszy raz widziałam ją w takim stanie. Z trudem łapała oddech, włosy miała rozwiane, więc uznałam, że musiała tu przybiec.
- Pani Lenko!- zawołała z końca pomieszczenia i ruszyła w moim kierunku.
- Co się...
- Jezus Maria, w życiu nie widziałam tyle policji. Za moją cukiernią znaleźli... o Jezu...
- Może pani usiądzie?- zaproponowałam i kobieta opadła na krzesło.
- Ja wiem, że pani tylko poprawia teksty... ale ja to muszę komuś powiedzieć.Ten fotograf już pojechał...
- Proszę mówić po kolei, bo nic nie zrozumiem.
Podałam jej szklankę wody.
- Dobrze... muszę się uspokoić. Dziś, po jedenastej jeden pan zwrócił mi uwagę, że za moją cukiernią leży worek pełen śmieci. Ja zawsze dbam o porządek, więc pomyślałam że ktoś musiał mi zrobić żart. Kiedy chciałam go wyrzucić, poczułam paskudny zapach starego mięsa. Jezu, pani Lenko, w tym worku była mała dziewczynka!
Zadrżała i wybuchnęła płaczem.
- Jak policja przyjechała, to zaczęli mnie wypytywać. I był ten fotograf od was... ten młody...
- Robert?
- Chyba tak. Jak on zobaczył to dziecko, zwymiotował w krzaki.
Byłam wstrząśnięta. W Torzycach złe zaparkowanie samochodu było rzadkością. Zabójstwo nie mieściło się w niczyjej świadomości.
- Ja wiem, że pani mąż to policjant.
- To prawda- wyszeptałam.
- I chcę panią prosić, by powiedziała mu pani żeby złapał tego... kogoś. Tak dziecko zmasakrować!
Zadzwoniła jej komórka.
Odebrała telefon.
Z rozmowy wywnioskowałam, że chyba wzywają ją na kolejne przesłuchanie.
- Boże, czego oni ode mnie chcą...
- Proszę iść, jeżeli panią wzywają.Porozmawiam z mężem.
- Dziękuję... Boże, co się dzisiaj dzieje...
Wyszła z pokoju. Szczęście, że nikogo poza nami w nim nie było, bo nie wyobrażałam sobie snuć domysłów o zabitym dziecku.
Byłam w takim stanie, że do końca dnia nie poprawiłam ani jednego artykułu.
Kiedy wróciłam do domu słabym głosem zamówiłam pizzę. Czekając na męża, nerwowo wpatrywałam się w okno.
Nie spodziewałam się w nim mordercy, ale pierwszy raz miałam do czynienia z zabójstwem i czułam się bardzo nieswojo.
Kiedy w końcu usłyszałam szczęk zamka podbiegłam do drzwi.
- Och..- objęłam Tomka- czy to... to dziecko... co się właściwie stało?
Podziwiałam Tomka, że z takim spokojem ściągnął policyjną kurtkę, zawiesił ją starannie na wieszaku, bez choćby drżenia rąk.
- Mała dziewczynka za cukiernią, miała jakieś siedem lat. Poderżnięto jej gardło. Nie ma żadnych śladów. Nic.
Westchnął.
- To przerażające.
- Nie widziałem niczego takiego na żadnym szkoleniu. Nigdy.
Przez resztę wieczoru jedliśmy pizzę i oglądaliśmy jakiś film. Nie pamiętam tytułu. To jeden z nielicznych szczegółów, które mi umknęły z tamtego dnia.
***
Następnego ranka obudziła mnie komórka męża.
Odebrał telefon i wyrzucił z siebie przekleństwo. Wybiegł z domu nie mówiąc mi ani słowa.
Wściekła zebrałam się z łóżka i zadzwoniłam do niego.
- Co jest? Czy tak ciężko ci powiedzieć dokąd idziesz?
- Pogadamy w domu. Nigdzie nie wychodź. Nie wiem, zadzwoń do redakcji i powiedz, że jesteś chora. Muszę kończyć.
Rozłączył się, ale po chwili ponownie zadzwonił.
- Pod żadnym pozorem nie wychodź z domu. Żadnym. Lepiej, żebyś straciła pracę, rozumiesz?
- Tak.
Byłam w szoku i zastanawiałam się o co może chodzić. Siedziałam kilka minut bez ruchu gorączkowo myśląc. Miałam paskudne przeczucia. Po prostu wiedziałam, że stało się coś strasznego. Zadzwoniłam do szefa i powiedziałam, że nabawiłam się grypy żołądkowej. Była to przyzwoita wymówka, bo przed tygodniem dwie inne osoby z redakcji zachorowały. Zachował się bardzo miło i nawet zapytał, czy czegoś nie potrzebuję. Mówił o jakimś lekarstwie, które pomogło komuś tam i to wzbudziło moje wyrzuty sumienia.
Nie mając nic lepszego do roboty włączyłam sobie ostatni sezon "Dr House'a", który miałam na DVD.
Tomek wrócił do domu przed południem.
- Musiałem się upewnić że zostałaś- powiedział i żarliwie mnie pocałował.
- Co się właściwie dzieje?- wyszeptałam, kiedy się od siebie oderwaliśmy.
- Lena, znaleźli cztery ciała. Nie żyje ta nauczycielka... taka młoda, pani Wrona. Zabito ją tej nocy, w jej własnym ogrodzie. Pewnie ktoś ją wywabił. To obok redakcji. Więc sama rozumiesz...
- Rozumiem- błogosławiłam w duchu fakt, że byłam w domu.
- Jest jeszcze coś. To może być forma działalności takiej sekty. Kilka lat temu była podoba sprawa na Pomorzu. Zabito tam kilkanaście osób, ale oskarżono tylko dwie. O tym się głośno nie mówi, ale na pewno winnych, i być może zabitych było więcej. Proszę, zamknij się w domu. Nikomu nie otwieraj.
Ja już muszę lecieć.
Pocałował mnie jeszcze raz i wyszedł.
Wtedy widziałam go po raz ostatni.
Kiedy Tomka nie było w domu o dwudziestej zaczęłam się denerwować, choć wiedziałam, że to głupie. Wiele razy wracał znacznie później i nie robiło to na mnie wrażenia. Ale wtedy sytuacja nie była tak poważna.
Wtedy usłyszałam jego samochód. Kiedy zatrzymał się na podjeździe byłam już zupełnie spokojna i czekałam.
Tylko... to nie powinno trwać tak długo. Piętnaście minut? Niemożliwe, by tyle mu zabrało wyłączenie samochodu i dotarcie do domu.
Uznałam, że wyjdę przez garaż i zobaczę co się dzieje.
Kiedy podeszłam do samochodu, wewnątrz było zupełnie ciemno, ale drzwi były uchylone. Niewiele myśląc szarpnęła za klamkę. Ciało mojego męża wypadło z głuchym łoskotem. Całą bluzkę i spodnie ochlapała mi krew.
Nie pamiętam, co się działo dalej. Wiem, że trafiłam do szpitala, gdzie spędziłam kilka dni na środkach uspokajających. Szok i cierpienie potrafi usunąć niektóre rzeczy... a inne uczynić bardziej rzeczywistymi.
Jestem w stanie dokładnie odtworzyć w pamięci dźwięk, kiedy ciało Tomka wypadało z samochodu. I zarazem jedynie z opowieści lekarzy wiem jak znalazłam się w szpitalu.
Na pogrzebie mojego męża podszedł do mnie jego przełożony.
- Dobrze, że pozwolili pani wyjść za szpitala na ten dzień. Bardzo dobrze. Chcę zapewnić. że wyłapiemy całą tą sektę. Co do jednego. Widzi pani, oni od dzisiaj atakują w innym miasteczku, nieopodal Rzeszowa. Dostałem informację od tamtejszej policji.
Patrzyłam tępo w ziemię.
- Oni tak działają. Przenoszą się z miasta do miasta raz na kilka lat i zabijają tylu ludzi ile się da. Taka... szybka robota.
Ich jednak nie mogłam się spodziewać. Sennego letniego dnia, kiedy bezmyślnie chwiałam się na krześle w pracy i odliczałam czas do wyjścia do wydawnictwa wpadła pani Irenka. Prowadziła niewielką cukiernię i każdego ranka kupowałam u niej pączka lub drożdżówkę. Była miłą, ciepłą kobietą i jak sądziłam bardzo spokojną. Wtedy pierwszy raz widziałam ją w takim stanie. Z trudem łapała oddech, włosy miała rozwiane, więc uznałam, że musiała tu przybiec.
- Pani Lenko!- zawołała z końca pomieszczenia i ruszyła w moim kierunku.
- Co się...
- Jezus Maria, w życiu nie widziałam tyle policji. Za moją cukiernią znaleźli... o Jezu...
- Może pani usiądzie?- zaproponowałam i kobieta opadła na krzesło.
- Ja wiem, że pani tylko poprawia teksty... ale ja to muszę komuś powiedzieć.Ten fotograf już pojechał...
- Proszę mówić po kolei, bo nic nie zrozumiem.
Podałam jej szklankę wody.
- Dobrze... muszę się uspokoić. Dziś, po jedenastej jeden pan zwrócił mi uwagę, że za moją cukiernią leży worek pełen śmieci. Ja zawsze dbam o porządek, więc pomyślałam że ktoś musiał mi zrobić żart. Kiedy chciałam go wyrzucić, poczułam paskudny zapach starego mięsa. Jezu, pani Lenko, w tym worku była mała dziewczynka!
Zadrżała i wybuchnęła płaczem.
- Jak policja przyjechała, to zaczęli mnie wypytywać. I był ten fotograf od was... ten młody...
- Robert?
- Chyba tak. Jak on zobaczył to dziecko, zwymiotował w krzaki.
Byłam wstrząśnięta. W Torzycach złe zaparkowanie samochodu było rzadkością. Zabójstwo nie mieściło się w niczyjej świadomości.
- Ja wiem, że pani mąż to policjant.
- To prawda- wyszeptałam.
- I chcę panią prosić, by powiedziała mu pani żeby złapał tego... kogoś. Tak dziecko zmasakrować!
Zadzwoniła jej komórka.
Odebrała telefon.
Z rozmowy wywnioskowałam, że chyba wzywają ją na kolejne przesłuchanie.
- Boże, czego oni ode mnie chcą...
- Proszę iść, jeżeli panią wzywają.Porozmawiam z mężem.
- Dziękuję... Boże, co się dzisiaj dzieje...
Wyszła z pokoju. Szczęście, że nikogo poza nami w nim nie było, bo nie wyobrażałam sobie snuć domysłów o zabitym dziecku.
Byłam w takim stanie, że do końca dnia nie poprawiłam ani jednego artykułu.
Kiedy wróciłam do domu słabym głosem zamówiłam pizzę. Czekając na męża, nerwowo wpatrywałam się w okno.
Nie spodziewałam się w nim mordercy, ale pierwszy raz miałam do czynienia z zabójstwem i czułam się bardzo nieswojo.
Kiedy w końcu usłyszałam szczęk zamka podbiegłam do drzwi.
- Och..- objęłam Tomka- czy to... to dziecko... co się właściwie stało?
Podziwiałam Tomka, że z takim spokojem ściągnął policyjną kurtkę, zawiesił ją starannie na wieszaku, bez choćby drżenia rąk.
- Mała dziewczynka za cukiernią, miała jakieś siedem lat. Poderżnięto jej gardło. Nie ma żadnych śladów. Nic.
Westchnął.
- To przerażające.
- Nie widziałem niczego takiego na żadnym szkoleniu. Nigdy.
Przez resztę wieczoru jedliśmy pizzę i oglądaliśmy jakiś film. Nie pamiętam tytułu. To jeden z nielicznych szczegółów, które mi umknęły z tamtego dnia.
***
Następnego ranka obudziła mnie komórka męża.
Odebrał telefon i wyrzucił z siebie przekleństwo. Wybiegł z domu nie mówiąc mi ani słowa.
Wściekła zebrałam się z łóżka i zadzwoniłam do niego.
- Co jest? Czy tak ciężko ci powiedzieć dokąd idziesz?
- Pogadamy w domu. Nigdzie nie wychodź. Nie wiem, zadzwoń do redakcji i powiedz, że jesteś chora. Muszę kończyć.
Rozłączył się, ale po chwili ponownie zadzwonił.
- Pod żadnym pozorem nie wychodź z domu. Żadnym. Lepiej, żebyś straciła pracę, rozumiesz?
- Tak.
Byłam w szoku i zastanawiałam się o co może chodzić. Siedziałam kilka minut bez ruchu gorączkowo myśląc. Miałam paskudne przeczucia. Po prostu wiedziałam, że stało się coś strasznego. Zadzwoniłam do szefa i powiedziałam, że nabawiłam się grypy żołądkowej. Była to przyzwoita wymówka, bo przed tygodniem dwie inne osoby z redakcji zachorowały. Zachował się bardzo miło i nawet zapytał, czy czegoś nie potrzebuję. Mówił o jakimś lekarstwie, które pomogło komuś tam i to wzbudziło moje wyrzuty sumienia.
Nie mając nic lepszego do roboty włączyłam sobie ostatni sezon "Dr House'a", który miałam na DVD.
Tomek wrócił do domu przed południem.
- Musiałem się upewnić że zostałaś- powiedział i żarliwie mnie pocałował.
- Co się właściwie dzieje?- wyszeptałam, kiedy się od siebie oderwaliśmy.
- Lena, znaleźli cztery ciała. Nie żyje ta nauczycielka... taka młoda, pani Wrona. Zabito ją tej nocy, w jej własnym ogrodzie. Pewnie ktoś ją wywabił. To obok redakcji. Więc sama rozumiesz...
- Rozumiem- błogosławiłam w duchu fakt, że byłam w domu.
- Jest jeszcze coś. To może być forma działalności takiej sekty. Kilka lat temu była podoba sprawa na Pomorzu. Zabito tam kilkanaście osób, ale oskarżono tylko dwie. O tym się głośno nie mówi, ale na pewno winnych, i być może zabitych było więcej. Proszę, zamknij się w domu. Nikomu nie otwieraj.
Ja już muszę lecieć.
Pocałował mnie jeszcze raz i wyszedł.
Wtedy widziałam go po raz ostatni.
Kiedy Tomka nie było w domu o dwudziestej zaczęłam się denerwować, choć wiedziałam, że to głupie. Wiele razy wracał znacznie później i nie robiło to na mnie wrażenia. Ale wtedy sytuacja nie była tak poważna.
Wtedy usłyszałam jego samochód. Kiedy zatrzymał się na podjeździe byłam już zupełnie spokojna i czekałam.
Tylko... to nie powinno trwać tak długo. Piętnaście minut? Niemożliwe, by tyle mu zabrało wyłączenie samochodu i dotarcie do domu.
Uznałam, że wyjdę przez garaż i zobaczę co się dzieje.
Kiedy podeszłam do samochodu, wewnątrz było zupełnie ciemno, ale drzwi były uchylone. Niewiele myśląc szarpnęła za klamkę. Ciało mojego męża wypadło z głuchym łoskotem. Całą bluzkę i spodnie ochlapała mi krew.
Nie pamiętam, co się działo dalej. Wiem, że trafiłam do szpitala, gdzie spędziłam kilka dni na środkach uspokajających. Szok i cierpienie potrafi usunąć niektóre rzeczy... a inne uczynić bardziej rzeczywistymi.
Jestem w stanie dokładnie odtworzyć w pamięci dźwięk, kiedy ciało Tomka wypadało z samochodu. I zarazem jedynie z opowieści lekarzy wiem jak znalazłam się w szpitalu.
Na pogrzebie mojego męża podszedł do mnie jego przełożony.
- Dobrze, że pozwolili pani wyjść za szpitala na ten dzień. Bardzo dobrze. Chcę zapewnić. że wyłapiemy całą tą sektę. Co do jednego. Widzi pani, oni od dzisiaj atakują w innym miasteczku, nieopodal Rzeszowa. Dostałem informację od tamtejszej policji.
Patrzyłam tępo w ziemię.
- Oni tak działają. Przenoszą się z miasta do miasta raz na kilka lat i zabijają tylu ludzi ile się da. Taka... szybka robota.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)