To więcej niż powinniście ode mnie oczekiwać. Nazywam się Lena Nowak. Krótkie imię, krótkie nazwisko. Mieszkam w Torzycach, to gdzieś między Pipidówką Mniejszą, a Zadupiem. Pracuję w miejscowej gazecie i mam dwadzieścia sześć lat. Moje życie do czasu było poukładane. Mogłam przewidzieć każdą kolejną godzinę, kolejny dzień, kolejny rok.
Ich jednak nie mogłam się spodziewać. Sennego letniego dnia, kiedy bezmyślnie chwiałam się na krześle w pracy i odliczałam czas do wyjścia do wydawnictwa wpadła pani Irenka. Prowadziła niewielką cukiernię i każdego ranka kupowałam u niej pączka lub drożdżówkę. Była miłą, ciepłą kobietą i jak sądziłam bardzo spokojną. Wtedy pierwszy raz widziałam ją w takim stanie. Z trudem łapała oddech, włosy miała rozwiane, więc uznałam, że musiała tu przybiec.
- Pani Lenko!- zawołała z końca pomieszczenia i ruszyła w moim kierunku.
- Co się...
- Jezus Maria, w życiu nie widziałam tyle policji. Za moją cukiernią znaleźli... o Jezu...
- Może pani usiądzie?- zaproponowałam i kobieta opadła na krzesło.
- Ja wiem, że pani tylko poprawia teksty... ale ja to muszę komuś powiedzieć.Ten fotograf już pojechał...
- Proszę mówić po kolei, bo nic nie zrozumiem.
Podałam jej szklankę wody.
- Dobrze... muszę się uspokoić. Dziś, po jedenastej jeden pan zwrócił mi uwagę, że za moją cukiernią leży worek pełen śmieci. Ja zawsze dbam o porządek, więc pomyślałam że ktoś musiał mi zrobić żart. Kiedy chciałam go wyrzucić, poczułam paskudny zapach starego mięsa. Jezu, pani Lenko, w tym worku była mała dziewczynka!
Zadrżała i wybuchnęła płaczem.
- Jak policja przyjechała, to zaczęli mnie wypytywać. I był ten fotograf od was... ten młody...
- Robert?
- Chyba tak. Jak on zobaczył to dziecko, zwymiotował w krzaki.
Byłam wstrząśnięta. W Torzycach złe zaparkowanie samochodu było rzadkością. Zabójstwo nie mieściło się w niczyjej świadomości.
- Ja wiem, że pani mąż to policjant.
- To prawda- wyszeptałam.
- I chcę panią prosić, by powiedziała mu pani żeby złapał tego... kogoś. Tak dziecko zmasakrować!
Zadzwoniła jej komórka.
Odebrała telefon.
Z rozmowy wywnioskowałam, że chyba wzywają ją na kolejne przesłuchanie.
- Boże, czego oni ode mnie chcą...
- Proszę iść, jeżeli panią wzywają.Porozmawiam z mężem.
- Dziękuję... Boże, co się dzisiaj dzieje...
Wyszła z pokoju. Szczęście, że nikogo poza nami w nim nie było, bo nie wyobrażałam sobie snuć domysłów o zabitym dziecku.
Byłam w takim stanie, że do końca dnia nie poprawiłam ani jednego artykułu.
Kiedy wróciłam do domu słabym głosem zamówiłam pizzę. Czekając na męża, nerwowo wpatrywałam się w okno.
Nie spodziewałam się w nim mordercy, ale pierwszy raz miałam do czynienia z zabójstwem i czułam się bardzo nieswojo.
Kiedy w końcu usłyszałam szczęk zamka podbiegłam do drzwi.
- Och..- objęłam Tomka- czy to... to dziecko... co się właściwie stało?
Podziwiałam Tomka, że z takim spokojem ściągnął policyjną kurtkę, zawiesił ją starannie na wieszaku, bez choćby drżenia rąk.
- Mała dziewczynka za cukiernią, miała jakieś siedem lat. Poderżnięto jej gardło. Nie ma żadnych śladów. Nic.
Westchnął.
- To przerażające.
- Nie widziałem niczego takiego na żadnym szkoleniu. Nigdy.
Przez resztę wieczoru jedliśmy pizzę i oglądaliśmy jakiś film. Nie pamiętam tytułu. To jeden z nielicznych szczegółów, które mi umknęły z tamtego dnia.
***
Następnego ranka obudziła mnie komórka męża.
Odebrał telefon i wyrzucił z siebie przekleństwo. Wybiegł z domu nie mówiąc mi ani słowa.
Wściekła zebrałam się z łóżka i zadzwoniłam do niego.
- Co jest? Czy tak ciężko ci powiedzieć dokąd idziesz?
- Pogadamy w domu. Nigdzie nie wychodź. Nie wiem, zadzwoń do redakcji i powiedz, że jesteś chora. Muszę kończyć.
Rozłączył się, ale po chwili ponownie zadzwonił.
- Pod żadnym pozorem nie wychodź z domu. Żadnym. Lepiej, żebyś straciła pracę, rozumiesz?
- Tak.
Byłam w szoku i zastanawiałam się o co może chodzić. Siedziałam kilka minut bez ruchu gorączkowo myśląc. Miałam paskudne przeczucia. Po prostu wiedziałam, że stało się coś strasznego. Zadzwoniłam do szefa i powiedziałam, że nabawiłam się grypy żołądkowej. Była to przyzwoita wymówka, bo przed tygodniem dwie inne osoby z redakcji zachorowały. Zachował się bardzo miło i nawet zapytał, czy czegoś nie potrzebuję. Mówił o jakimś lekarstwie, które pomogło komuś tam i to wzbudziło moje wyrzuty sumienia.
Nie mając nic lepszego do roboty włączyłam sobie ostatni sezon "Dr House'a", który miałam na DVD.
Tomek wrócił do domu przed południem.
- Musiałem się upewnić że zostałaś- powiedział i żarliwie mnie pocałował.
- Co się właściwie dzieje?- wyszeptałam, kiedy się od siebie oderwaliśmy.
- Lena, znaleźli cztery ciała. Nie żyje ta nauczycielka... taka młoda, pani Wrona. Zabito ją tej nocy, w jej własnym ogrodzie. Pewnie ktoś ją wywabił. To obok redakcji. Więc sama rozumiesz...
- Rozumiem- błogosławiłam w duchu fakt, że byłam w domu.
- Jest jeszcze coś. To może być forma działalności takiej sekty. Kilka lat temu była podoba sprawa na Pomorzu. Zabito tam kilkanaście osób, ale oskarżono tylko dwie. O tym się głośno nie mówi, ale na pewno winnych, i być może zabitych było więcej. Proszę, zamknij się w domu. Nikomu nie otwieraj.
Ja już muszę lecieć.
Pocałował mnie jeszcze raz i wyszedł.
Wtedy widziałam go po raz ostatni.
Kiedy Tomka nie było w domu o dwudziestej zaczęłam się denerwować, choć wiedziałam, że to głupie. Wiele razy wracał znacznie później i nie robiło to na mnie wrażenia. Ale wtedy sytuacja nie była tak poważna.
Wtedy usłyszałam jego samochód. Kiedy zatrzymał się na podjeździe byłam już zupełnie spokojna i czekałam.
Tylko... to nie powinno trwać tak długo. Piętnaście minut? Niemożliwe, by tyle mu zabrało wyłączenie samochodu i dotarcie do domu.
Uznałam, że wyjdę przez garaż i zobaczę co się dzieje.
Kiedy podeszłam do samochodu, wewnątrz było zupełnie ciemno, ale drzwi były uchylone. Niewiele myśląc szarpnęła za klamkę. Ciało mojego męża wypadło z głuchym łoskotem. Całą bluzkę i spodnie ochlapała mi krew.
Nie pamiętam, co się działo dalej. Wiem, że trafiłam do szpitala, gdzie spędziłam kilka dni na środkach uspokajających. Szok i cierpienie potrafi usunąć niektóre rzeczy... a inne uczynić bardziej rzeczywistymi.
Jestem w stanie dokładnie odtworzyć w pamięci dźwięk, kiedy ciało Tomka wypadało z samochodu. I zarazem jedynie z opowieści lekarzy wiem jak znalazłam się w szpitalu.
Na pogrzebie mojego męża podszedł do mnie jego przełożony.
- Dobrze, że pozwolili pani wyjść za szpitala na ten dzień. Bardzo dobrze. Chcę zapewnić. że wyłapiemy całą tą sektę. Co do jednego. Widzi pani, oni od dzisiaj atakują w innym miasteczku, nieopodal Rzeszowa. Dostałem informację od tamtejszej policji.
Patrzyłam tępo w ziemię.
- Oni tak działają. Przenoszą się z miasta do miasta raz na kilka lat i zabijają tylu ludzi ile się da. Taka... szybka robota.